Wyszukaj w publikacjach

Spis treści
31.05.2021
·

Jeden odcinek - cała diagnoza. Pierwsza część recenzji seriali medycznych.

100%

Co przyniesie kolejny odcinek - zawał, szybką defibrylację na ulicy czy cudowne uratowanie motocyklisty? Czy seriale o tematyce medycznej są faktycznie dobrym źródłem wiedzy i obrazem funkcjonowania systemu ochrony zdrowia? A może jednak kreują utopijny wizerunek pracy lekarzy? Przyjrzyjmy się kilku tytułom.

“Moda na sukces” w wydaniu szpitalnym, czy gra wątków i emocji prosto z sali operacyjnej? 

Nie ma chyba wśród nas osoby, która choćby nie słyszała o serialu Chirurdzy, na świecie znanym jako Grey’s Anatomy. Na przestrzeni lat zyskał on miano wręcz kultowego. Producenci przenoszą nas do jednego ze szpitali w Seattle, gdzie poznajemy główną bohaterkę – Meredith Grey. To właśnie od jej nazwiska, wplecionego w tytuł podręcznika do anatomii, wzięła się nazwa całego serialu – Grey’s Anatomy. Młoda pani chirurg rozpoczyna swój staż, stając przed nie lada wyzwaniem – musi udowodnić, że nie jest jedynie córką wybitnej lekarki, a sama dysponuje fachem w ręku, prawdziwym talentem i ambicją. Jej losy przeplatają się z perypetiami innych stażystów i pozostałych pracowników szpitala i trzeba przyznać, że tematy poruszane w serialu to bardzo życiowe, realistyczne i poruszające historie, z  którymi utożsamiać mogą się nie tylko osoby ze środowiska medycznego. Co więcej, szpital okazuje się miejscem wycieńczającym i trudnym do pracy – zmusza bohaterów do współzawodnictwa, podporządkowania się przełożonym o mocno despotycznych zapędach, ale też do porzucania snu na rzecz “większego dobra”. W przypadku Meredith do tego wszystkiego dochodzi fakt, że – jak się okazuje – jej kochanek Derek jest… jej bezpośrednim przełożonym. W serialu znajdziemy zatem wszystko – od poważnych i rzeczywistych przypadków zdrowotnych, przez romanse i romansiki, aż po intrygi, knowania i matactwa. Niestety, jak to w wielu amerykańskich produkcjach bywa - prawie każdy odcinek zawiera kompletnie surrealistyczne dla codzienności szpitalnej sceny - bomby, zamachowcy, wypadki, które kończą się bezboleśnie. Jedni nie zwrócą uwagi na takie fragmenty, ale innych widzów mogą zniechęcić do oglądania kolejnych sezonów. Powszechna opinia jest jednak taka, że obok tego serialu nie sposób przejść obojętnie. Nie bez powodu towarzyszy nam od 2005 roku!

Lekarz bez granic w innym wymiarze. Mieszanka emocji,  antysocjalna kopalnia ironii oraz sarkazmu i ciekawe przypadki medyczne. Witajcie u House’a!

Doktor House, w przeciwieństwie do Chirurgów, głównie stawiał na bardzo ciekawe i niezwykle rzadkie przypadki medyczne, a prywatne losy bohaterów, nie mniej barwne, działy się niejako w tle. Praktycznie każdy odcinek miał dość monotonny schemat – pacjent przyjęty, nikt inny prócz najlepszego diagnosty, doktora House’a nie potrafi postawić rozpoznania, określić sposobu leczenia. Kilkakrotnie stawiano początkowo błędną diagnozę, po czym 3 minuty przed końcem emisji szczęśliwie znajdowała się odpowiednia. Brzmi to dość schematycznie, ale mimo to serial ogląda się bardzo przyjemnie. Sylwetka doktora House’a - sarkastycznego, aroganckiego, perfekcyjnie wykreowanego przez Hugh Laurie, niewątpliwie wyróżnia produkcję. Mamy do czynienia z człowiekiem błyskotliwym, niebanalnym oraz bezczelnym. Jako lekarz nie boi się on sięgać po, nazwijmy to, mniej standardowe metody, przez co prowadzi nieustanną walkę z przedstawicielami bardziej etycznego podejścia do zawodu - członkami swojego zespołu i administracji. I tak jak doskonale radzi sobie w myśleniu i działaniu klinicznym, tak nieco gorzej prezentuje się życie prywatne naszego bohatera. Główny powód? Otóż House po prostu nie lubi ludzi. Swoim pacjentom pomaga, tylko jeśli ich choroba go naprawdę interesuje. Traktuje ich jak łamigłówkę, którą musi rozwiązać, rzadko licząc się ze zdaniem swoich podwładnych. Od pierwszego odcinka możemy się spodziewać, że postać genialną w swej podłości czeka długa i głęboka przemiana. Czy efekt został osiągnięty? Tak naprawdę to dość subiektywna opinia, jednak cały serial budzi sporo kontrowersji, szczególnie wśród pracowników ochrony zdrowia. Postępowanie House’a jest wręcz nieprawdopodobne w polskich realiach. Trudno jest nam wyobrazić sobie tak antypatycznego lekarza wśród dość specyficznych, roszczeniowych pacjentów, z którymi mamy na co dzień do czynienia. Prawdę mówiąc, takich zachowań nie ominęłyby konsekwencje nawet w amerykańskim systemie, gdzie od lat panuje złota zasada wśród lekarzy - “podstawą jest dobry prawnik i dobre ubezpieczenie”. W Ameryce mamy consumer driven economy (rynek konsumenta). Pacjent ma zawsze rację. Nigdy nie kłócimy się z pacjentem, nie sprzeczamy - mówimy najwyżej, żeby poszedł do innego lekarza. Amerykańscy lekarze są bardzo uprzejmi w stosunku do pacjentów i ich rodzin, bowiem w przeciwnym razie spotkałyby ich konsekwencje prawne - formalne, finansowe.  Ponadto w Polsce nie jest możliwe, aby jeden lekarz zajmował się tak małą liczbą chorych i miał tak dużo czasu na rozważania… Tak naprawdę żadnego systemu zdrowotnego na świecie na to zwyczajnie nie stać.  Poza tym serial przedstawia fałszywy obraz szpitala i pracy lekarzy, a także ich nieograniczone możliwości. W rzeczywistości to szereg osób, konsylia, zastanawia się często nad jednym konkretnym przypadkiem, mając na głowie inne trudne przypadki, ograniczenia finansowe i … czas. 

 Doktor House

Gratka dla fanów “Ostrego dyżuru” i kolejna oderwana od rzeczywistości wizja szpitala - witamy w New Amsterdam Hospital

W czołówce najchętniej oglądanych ostatnio filmów na Netflixie utrzymuje się od dłuższego czasu “New Amsterdam” - czyli szpital tysiąca i jednej historii. Pierwsze opinie, który pojawiły się po emisji serialu, były bardzo podzielone. Całość poznajemy przede wszystkim z perspektywy doktora Maxa Goodwina, który dopiero rozpoczyna pracę w New Amsterdam. Mężczyzna obejmuje stanowisko dyrektora medycznego placówki i tym samym wprowadza do szpitala zupełnie nową energię i świeży punkt widzenia. Jego celem jest walka z wadliwym systemem amerykańskiej ochrony zdrowia, przeprowadzenie gruntownych reform tak, aby szpital działał możliwie najbardziej efektywnie, a pracownicy i pacjenci po prostu czuli się w nim dobrze. Prawdę mówiąc to tylko założenia, a oceniając obiektywnie zamysł twórcy, widzimy raczej utopijną wizję niesienia pomocy każdemu, bez uwzględnienia realiów, priorytetów, zajmowanie się błahostkami, zamiast szpitalem jako całością. Ponadto, mamy do czynienia z produkcją, której twórcy niewątpliwie wzięli sobie za punkt honoru, by w ciągu 40 minut upchnąć wszystkie gatunkowe schematy, jakie tylko przyjdą im do głowy. Max jest chodzącym ideałem. Lekarzem, który pstryknięciem palców rozwiązuje wszystkie oddziałowe problemy, rano przed pracą ma czas na jogging, nie ma żadnych wad, a w każdym odcinku ratuje nie tylko szpital, ale w zasadzie cały świat. Jako dyrektor szpitala lubiany jest absolutnie przez wszystkich, wystarczy, że się uśmiechnie, a sponsorzy już aż się garną, by wkładać mu do kieszeni pokaźne fundusze na realizację jego utopijnych planów. Nie ukrywajmy, mocno to naciągane i czasem trzeba dużego wysiłku, by przymknąć oko na te uproszczenia i schematyczność. Co więcej, nikt z nas nie wpadłby na to, że w jednym odcinku, w murach jednego szpitala, można połączyć Ebolę, terrorystów, zatrucie tlenkiem węgla, dygnitarzy z ONZ-u, nastolatkę z problemami, nielegalnych imigrantów, skomplikowany związek, nie wspominając o jeszcze tysiącu innych rzeczy. Choć serial nazwać można zwyczajnie przyjemnym i sympatycznym, to nie oszukujmy się – nie jest to produkcja dobra. Nie da się nie zauważyć też tego, że wszystko tutaj jest przesłodzone i mało realistyczne – New Amsterdam to szpital, w którym praktycznie nikt nie umiera, bohaterowie osiągają same sukcesy, a każdy problem udaje się rozwiązać szybko i bez większych konsekwencji. W zasadzie wszystkie odcinki kończą się szczęśliwie i po jakimś czasie ta cukierkowa formuła zaczyna męczyć.  Z biegiem czasu twórcy coraz wyraźniej nadużywają patosu, co sprawia, że wychodzenie lekarzy z kolejnych opresji wydaje się sztuczne, a ich przemowy i płynące z doświadczeń morały brzmią pompatycznie. 


Analizując wszystkie wzloty i upadki omawianych produkcji, mam dość mieszane uczucia co do roli społecznej seriali, w których akcja odgrywa się w murach szpitalnych. I tak jak my, pracownicy ochrony zdrowia, potrafimy krytycznie spojrzeć na te produkcje, tak “przypadkowy widz” niekoniecznie. Przekłada się to później na problemy i awantury, jakie mają miejsce w gabinecie lekarskim. Bo niby dlaczego pacjent jest już u trzeciego specjalisty, który nadal nie potrafi postawić trafnej diagnozy, a w serialu zajęło to 40 minut?

Autorstwo

Zaloguj się

lub
Logujesz się na komputerze służbowym?
Nie masz konta? Zarejestruj się
Ten serwis jest chroniony przez reCAPTCHA oraz Google (Polityka prywatności oraz Regulamin reCAPTCHA).