Wyszukaj w publikacjach

18 stycznia miał być dniem, kiedy przyjmę pierwszą dawkę szczepionki przeciwko COVID-19. Nie ukrywam, że wyczekiwałem tego dnia, jak mało którego w ostatnim czasie. Wszak to już niemalże rok, gdy cały świat – w tym i poniekąd ja – zmaga się z pandemią. A tu proszę, psikus. Szczepionki nie otrzymałem.
Umówiony na szczepienie byłem już od dwóch tygodni. Termin i miejsce szczepienia wyznaczono mi w akademickim szpitalu, w związku z faktem, że jestem studentem 6. roku kierunku lekarskiego – w myśl Narodowego Programu Szczepień należę do grupy „0” wraz z pracownikami ochrony zdrowia. Moi koledzy i koleżanki szczepili się już od dobrych kilku tygodni. Większość mojej rodziny, zawodowo związanej z ochroną zdrowia, także otrzymała już pierwszą dawkę. Ja cierpliwie – i jak się dziś okazało, naiwnie – czekałem na swoją kolej.
Znowu wychodzi na to, że trzeba kombinować. Dzwonić, szukać, wypytywać. Gdzie rzucili szczepionki tym razem? Po tym, jak otrzymałem informację w poniedziałek, (a w zasadzie sam ją uzyskałem, najpierw pocztą pantoflową pod postacią koleżeńskich grup FB, potem zaś dzwoniąc do szpitala, w którym miałem być szczepiony) zacząłem dzwonić do kolejnych placówek szczepiących w moim mieście. Wierzcie mi Państwo, wykonałem kilkadziesiąt telefonów, próbując uzyskać termin w 6 jednostkach – i nic. Szczepionek dla studentów z grupy 0 w tym tygodniu nie mam się co spodziewać. Jeszcze WCZORAJ kontaktowałem się z koleżanką z roku, która w normalnym trybie otrzymała szczepienie. Od dziś do odwołania szczepień dla studentów nie ma.
Nie powiem – spodziewałem się takiego obrotu spraw. Kilka dni temu na łamach niniejszego portalu pisałem o moich wątpliwościach odnośnie do Narodowego Programu Szczepień przeciw COVID-19. Fakt faktem, że w zasadzie problem leży po stronie producenta, czyli firmy Pfizer, która wstrzymała tymczasowo dostawy do krajów europejskich, w tym do Polski. Jednak poczucie rozczarowania całą tą sytuacją pozostaje.
W całej tej sytuacji zdałem sobie sprawę, że jest to w moim życiu pierwsze doświadczenie zetknięcia się ze ścianą w obszarze ochrony zdrowia. Jako młody, zdrowy człowiek na szczęście nie miałem jeszcze wielu sposobności (i konieczności) do korzystania z usług publicznego sektora. Szczepienie przeciw COVID-19 siłą rzeczy musiałem otrzymać w szpitalu publicznym. Nie da się go uzyskać prywatnie. I choć to może banalne, zrozumiałem, co czuje polski pacjent, który dowiaduje się, że na upragnioną wizytę czy świadczenie nie dostanie się w przewidywalnym czasie – przypadek np. legendarnych wieloletnich kolejek do endokrynologa. Współczuję – teraz jeszcze bardziej – wszystkim tym pacjentom, dla których to doświadczenie jest normą. Powody tych zjawisk są, mam nadzieję, dla Państwa oczywiste, nie czas i miejsce by teraz je szerzej omawiać. Mimo wszystko, na swój sposób jestem losowi wdzięczny za to doświadczenie, bo zrozumiałem jeszcze lepiej, z czym muszą się w Polsce zmagać na co dzień nasi pacjenci.
Myślę, że każdy z nas ma już tej całej pandemii serdecznie dosyć. Traci na tym nasze zdrowie – fizyczne i psychiczne. Gigantyczne straty ponosi gospodarka. Dzieci nie mogą normalnie, należycie się uczyć. Ale w całej tej sytuacji najbardziej męczy mnie propaganda sukcesu. Sukcesu w „walce z pandemią”, „zwalczaniu wirusa”. Tymczasem – liczba zgonów w Polsce w 2020 była drugą najwyższą po II Wojnie Światowej [1]! W tym tygodniu zamiast 360 tysięcy zaszczepimy 130 tysięcy osób z grupy 0. Nie dość, że szczepimy wolno, to jeszcze w praktyce od poniedziałku nie szczepimy.
Źródła
- https://biqdata.wyborcza.pl/biqdata/7,159116,26656014,zgony-w-2020-r.html (ostatni dostęp: 18.01.2021)