Po godzinach – wywiad z lek. Piotrem Chilczukiem

Zapisuję
Zapisz
Zapisane

Praca w zawodzie lekarza może być jedną z najbardziej fascynujących przygód. Równocześnie ta droga często zawiera w sobie także spotkanie z innym doświadczeniem – obserwowaniem cierpienia, bólu i śmierci. Jak zachować równowagę psychiczną, pracując z pacjentami cierpiącymi na poważne schorzenia, np. onkologiczne? 

Lekarz Piotr Chilczuk, w trakcie 5 roku specjalizacji z radioterapii onkologicznej, który na co dzień pracuje w Nio-Pib (Narodowy Instytut Onkologii im. Marii Curie-Skłodowskiej, Państwowy Instytut Badawczy) w Warszawie, swój reset po ciężkim dniu w pracy odnajduje w sporcie. W wolnym czasie trenuje biegi z przeszkodami (OCR), wspina się po schodach warszawskich wieżowców (udało mu się w ten sposób “wejść na Mount Everest”!), a także… szykuje się do udziału w zawodach ninja!

Skąd wzięła się Pana pasja do sportu i nietypowych aktywności fizycznych? Czy to medycyna i potrzeba odreagowania po ciężkim dniu w pracy były katalizatorem takiego wyboru pasji? Zawód ukierunkował Pana w stronę sportowych zainteresowań?

Moja przygoda ze sportem zaczęła się tak naprawdę na studiach medycznych. W czasach liceum nienawidziłem wf-u. Sport zainteresował mnie właściwie wtedy, gdy pojawiła się możliwość wyboru różnych aktywności dostosowanych do moich upodobań. Na studiach, zacząłem chodzić na basen, siłownię, biegać. To były próby podejmowane samodzielnie, niejako naturalna kolej rzeczy – po godzinach spędzonych w książkach, nauce do egzaminów, odczuwałem fizyczną niemal potrzebę wyjścia na zewnątrz. Bieganie pozwalało mi oczyścić umysł. 

Wcześniej nie byłem jakoś szczególnie aktywny fizycznie, dlatego moja przygoda ze sportem rozpoczęła się od biegania. Moje początki to było dosłownie kilkanaście metrów biegu. Szybko zacząłem ten dystans wydłużać. Najpierw do kilometra, potem dwóch. I tak udało mi się po jakimś czasie ukończyć bieg na 10 km, potem półmaraton i maraton. Z czasem spotkałem grupę sportowych zapaleńców, którzy regularnie spotykali się w jednym z warszawskich wieżowców, aby wchodzić po schodach. Za pierwszym razem wspiąłem się na Pałac Kultury trzykrotnie, później tę częstotliwość zwiększałem nawet do kilkunastu razy. Dzięki dołączeniu do nich, udało mi się wejść na PKiN, Hotel Marriott czy Intercontinental!

I doszło do tego, że chodził Pan po schodach aż 21 godzin… Czy mógłby Pan opowiedzieć naszym czytelnikom, jak będąc w Warszawie, poniekąd udało się Panu wejść na Mount Everest?

Grupa, o której wspomniałem, wpadła na pomysł, by zorganizować 24-godzinny bieg po schodach w Hotelu Marriott. Celem było osiągnąć wysokość Mount Everest, czyli 8849 m n.p.m. w czasie jednej doby non stop. Choć celem wyzwania, które podjęliśmy, było uzyskanie wysokości Mount Everest, to podczas tamtego wchodzenia po schodach można też było przejść krótszy dystans i zdobyć mniejszą górę, jak np. Mount Blanc czy Rysy. Każdy uczestnik miał swój własny chip pozwalający zliczać wysokość. Oczywiście, w trakcie tego wchodzenia po schodach były przerwy na jedzenie czy odpoczynek, ale nie można było przekroczyć limitu 24 godzin. Udało mi się zdobyć mój Mount Everest w ciągu 21 godzin.

A jak w ogóle doszło do tego, że zaczął Pan trenować biegi z przeszkodami?

Bieganie od dawna było moją pasją, brałem udział w wielu zawodach. Niestety, gdy przyszła pandemia Covid-19, wszystko pozamykano i odwołano praktycznie wszystkie zawody. Ku mojemu zdziwieniu odbywały się jednak zawody w biegach z przeszkodami. Może dlatego, że brała w nich udział mniejsza liczba osób. W październiku zeszłego roku wziąłem udział w pierwszym w moim życiu biegu typu Runmageddon. Zakochałem się od pierwszej chwili. Bieg, w którym trzeba pokonać wiele trudnych fizycznie przeszkód, przez wejście na linę, przeskoki po metalowych ringach, aż po przejście po drążkach w połączeniu z ubrudzeniem się w błocie – to wszystko dawało mi ogromną satysfakcję i odprężenie.

piotr chilczuk, remedium po godzinach, runmageddon

Wybiera Pan bardzo oryginalne sporty. Czy nieszablonowość w aktywności fizycznej sprawia, że jest ona ciekawsza? A może chodzi o adrenalinę, poczucie, że to co się robi nie jest powszechne, oklepane? O doświadczenie ekstremalne?

Zdecydowanie tak. Nigdy nie wiem, jakie przeszkody spotkam na trasie. To jest zawsze miłe zaskoczenie, a zamysł organizatorów potrafi przekroczyć nieraz moje wyobrażenia. Czasem nawet nie wiem, jak zabrać się do przejścia przez niektóre przeszkody!

Taki bieg wygląda różnie, najkrótszy dystans ma 5 km, ale wziąłem też udział w Runmageddonie Hardcore na dystansie 21 km (to półmaraton plus bieg z przeszkodami, ok. 4 godzin biegania). 

Jak znajduje Pan czas na tyle dodatkowych aktywności? Czy konieczne jest utrzymywanie specjalnej diety lub innych nawyków, by uprawiać sport na takim poziomie? Czy da się pogodzić tę aktywność z pracą lekarza?

Kluczowe jest dobre zagospodarowanie czasu. Zajęcia sportowe mam we wtorki i czwartki 1-2 razy w tygodniu. Oczywiście wypadają, jeśli mam dyżur w szpitalu. Przygotowanie do imprez sportowych dzieje się niejako w międzyczasie, pomiędzy pracą i codziennym życiem. Kiedyś korzystałem z pomocy dietetyka, który ułożył mi specjalną dietę dostosowaną do potrzeb aktywnej osoby, grafik rozpisany od poniedziałku do niedzieli. Z góry zapowiedziałem, że nie mam zbyt wiele czasu na przygotowywanie posiłków, więc potrawy w menu musiały się powtarzać, tak, żeby raz ugotowane starczyły np. na 2-3 dni. Utrzymywanie rygorystycznych zasad dietetycznych w przypadku aktywnego zawodowo lekarza nie jest jednak łatwe. Obecnie szczególnej diety nie przestrzegam, ale staram się zdrowo odżywiać.

Praca i pasja w Pana życiu nieustannie się przenikają. Do tego stopnia, że zamontował Pan drążek do ćwiczeń w pokoju lekarskim, prawda?

Z racji specyfiki mojej pracy, częstych całodobowych dyżurów oraz faktu, że mam małe dziecko, musiałem bardzo dobrze zagospodarowywać czas wolny, aby móc pogodzić pasję z pracą i obowiązkami w domu. Dlatego zamocowałem drążek w pokoju lekarza dyżurnego i w wolnych chwilach na dyżurach w szpitalu ćwiczę. W biegach z przeszkodami trzeba mieć bardzo mocny chwyt, dlatego w przygotowaniu do nich niezwykle pomocne są różnego rodzaju uchwyty, na których człowiek się wiesza, przez co wzmacnia się siłę dłoni.

remedium po godzinach, piotr chilczuk, biegi z przeszkodami
fot. Michał Prokurat

Czy jest coś oprócz sportu, co daje Panu wytchnienie od stresu związanego z pracą? Muzyka, książki, filmy…

Często powtarzam, że nie ma lepszego resetu dla umysłu niż aktywność fizyczna. Jest lepsza niż rozrywka, oczyszcza głowę… Prawdę mówiąc, lekarz często musi czytać książki i nieraz ma się tego powyżej uszu… Warto więc znaleźć sobie odskocznię, która w ogóle nie jest związana z pracą. Sport pochłania totalnie, wymaga absolutnego skupienia na tu i teraz – nie myśli się o niczym, a jak człowiek zaczyna, to od razu traci rytm i źle stawia kroki. 

Kontakt z chorym onkologicznym wymaga nie tylko umiejętności medycznych, dobrego doboru leków czy sposobu terapii, ale i kompetencji społecznych, niejako psychologicznych. A to stanowi wyzwanie także dla psychiki samego medyka.

Praca w zawodzie lekarza, zwłaszcza w tej specjalizacji, jest obciążająca zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Kontakt z chorym onkologicznym, któremu nie zawsze jestem w stanie pomóc, nie należy do najłatwiejszych. Bardzo pomogła mi moja żona, niezwiązana zawodowo z medycyną. Ona zawsze zwraca uwagę na kontakt personalny. Tłumaczyła mi, jak ważne w trakcie rozmowy z drugim człowiekiem są ton wypowiedzi, mimika twarzy, wewnętrzny spokój, jak ogromne znaczenie dla pacjenta ma to, czy lekarz jest zwyczajnie dla niego miły. Realizacja tych prostych elementów bardzo mi pomogła w pracy.

A czy dla lekarzy pracujących w onkologii istnieją możliwości wsparcia systemowego?

Raz mieliśmy szkolenie z psychologiem na oddziale. Nie odczuwam jednak, by to wiele zmieniło w mojej pracy. Metodę rozmowy z pacjentem każdy musi sobie wypracować sam. Ja zawsze staram się zachować spokój, rozwiewać wątpliwości pacjentów, zawsze też zaproponować jakąś alternatywę, np. leczenie paliatywne czy skierowanie do hospicjum w przypadku chorych niekwalifikujących się do napromieniania, aby pomóc w zwalczaniu objawów bólowych.

Część druga wywiadu z Piotrem Chilczukiem do przeczytania tutaj.

podroze
po-godzinach

Polecane artykuły