Publikacje
Opinie
Gdy lekarz staje się pacjentem

Gdy lekarz staje się pacjentem

Zapisuję
Zapisz
Zapisane

W życiu lekarza bywa różnie. Czasem dzień upływa nam pod hasłem sielanki, lecz częściej mnogość chorych i ich potrzeb sprawia, że ciężko jest się zdecydować, które zadanie wymaga priorytetowego traktowania. Bez względu na to i na stan przybywających nieszczęśników, rzadko zdarzają się sytuacje, w których nasz medyczny arsenał nic nie wskóra. rzadko kiedy pozostajemy w obyciu z pacjentem bezsilni. Przeważającemu gronu można zaproponować diagnostykę, która prześwietli organizm na wskroś i odnajdzie najmniejsze odchylenia od prawidłowego stanu, a następnie pozwala wdrożyć leczenie nakierowane na źródło problemu. Nawet pacjentom w stanach, w których tzw. happy-end jest niemożliwy do uzyskania, możemy w tych trudnych chwilach oszczędzić cierpienia. Pełniąc rolę lekarza niemoc jest dla nas pojęciem obcym, często odrażającym. Potrafimy znaleźć wyjście z sytuacji i cechuje nas aktywna postawa w radzeniu sobie z nadciągającym zagrożeniem.

W położeniu zgoła odmiennym znajdują się z kolei pacjenci, którzy to są zdani na łaskę lub niełaskę innych. Niedysponując wiedzą medyczną, pacjent na wstępie relacji terapeutycznej jest już w trudniejszym położeniu niż medyk. Odpowiedzialność za własny los wymyka się pacjentom spod kontroli i w sytuacji zagrożenia zdrowia przeniesiona zostaje na personel medyczny. Z tego też względu tak niedorzeczna i nasączona swoistym dysonansem poznawczym staje się sytuacja, gdy to właśnie lekarz zostaje zapędzony w ślepą uliczkę i przez ułomność własnego organizmu musi się położyć w szpitalnym łóżku.

Żeby zrozumieć uczucia, jakie targają doktorem w takim przypadku, najlepiej jest doświadczyć podobnej sytuacji na własnej skórze. Zwiastunem nadciągającej hospitalizacji w moim przypadku był obezwładniający ból brzucha, który zmusił mnie do wizyty na izbie przyjęć w środku nocy. Cierpienie odbiera zdolność trzeźwego myślenia, a zatem potencjalne diagnozy w mojej głowie sięgały od niedrożności po porfirię ostrą przerywaną. Wrażenia z postawienia się w roli mi zupełnie obcej były … ambiwalentne. Oczywiście, nie na długo udało mi się zachować posiadane wykształcenie w tajemnicy, przy czym ostatnią rzeczą, na jakiej mi wówczas zależało, było chwalenie się tym faktem. Zwyczajnie wykorzystanie fachowego słownictwa połączone z chęcią jak najmniejszego naprzykrzania się ekipie SOR sprawiły, że zostałem poprawnie sklasyfikowany jako człowiek z “branży”. Relacje z personelem, pomimo targających mną sensacji bólowych, były niezwykle pozytywne. Zanim jednak doczekałem się wdrożenia leczenia przeciwbólowego, tak jak każdy, musiałem nieść swój krzyż przez meandry diagnostyki laboratoryjnej i radiologicznej. Finalnie, wezwany na konsultację lekarz dyżurny oddziału chirurgii ogólnej przybył, by rozwiać moje wątpliwości. W zachowaniu był odzwierciedleniem wybranej przez siebie dziedziny. Wnioski przedstawił zwięźle, lapidarnie, a w głosie zamiast współczucia królowało nastawienie skupione na winowajcy mojej wizyty - mianowicie - kamicy żółciowej. Pomimo niespełnienia przeze mnie powszechnych kryteriów ryzyka: puszysta, płodna, pani po czterdziestce; klarował się sposób rozwiązania mojego problemu.  A dokładniej – operacja.

Chociaż zdawałem sobie sprawę, że sam zabieg to w obecnych warunkach rutyna, tak jak i pozostali, niemający nic wspólnego z medycyną pacjenci, musiałem się również zmierzyć ze strachem, decydując i zapisując się na planową operację. Obawa ta była zaś związana głównie z powierzeniem swojego zdrowia komuś zupełnie obcemu, a zwłaszcza z utratą kontroli nad jednym z ważniejszych elementów własnego życia. By zwiększyć szansę na bezproblemową cholecystektomię rozsiałem wici i wręcz detektywistycznym zapędem prześwietliłem życie zawodowe chirurgów, którzy mogliby mnie potencjalnie zoperować. W końcu wybrałem, umówiłem zabieg i zgłosiłem się do placówki. Znowu - prócz pojedynczych humorystycznych sytuacji, kiedy to pielęgniarka odmawiała mi wejścia na oddział, gdyż na listę wpisała już Aleksandrę Misiewicz, a nie jakiegoś Aleksandra - hospitalizacja przebiegła w przyjemnej atmosferze. Operacji zaś na szczęście nie pamiętam.

Będąc z drugiej strony barykady miałem zaszczyt poznać m.in. emerytowaną, acz uznaną panią anestezjolog. Tutaj znowu koneksje ze światkiem medycznym dało się wyczuć po zamienieniu kilku pierwszych zdań. Pacjentka, pomimo zaawansowanego wieku, nie dawała niewerbalnie go po sobie poznać. Była pełna energii, a w trakcie rozmowy łatwo było odczuć nadal obecną bystrość jej umysłu. Kontrastowało to z bogatą kartoteką medyczną i, co ciekawe, wydawanymi przez chorą komunikatami, w których deklarowała chociażby, że o ile dla szkolenia młodych podda się zaawansowanej diagnostyce, to nie wyrazi zgody na idące za nią obciążające procedury lecznicze. Moim zdaniem, w ten sposób chciała pomimo postępującego wraz z wiekiem podupadania na zdrowiu, zachować kontrolę nad resztą życia, która jej pozostała. Nie dopuścić, by ponad komfort egzystencji wzniósł się cel przedłużania jej za wszelką cenę i tym sam stosowania uporczywej terapii, na której efekty przecież musiała się w czasie całej kariery zawodowej wystarczająco napatrzeć. 

Różne doświadczenia pozwoliły mi na wyciągnięcie poniższych wniosków:

  • Spotkanie lekarza - pacjenta w szpitalu jest jak zobaczenie na drodze innego kierowcy, który ma identyczny z naszym model samochodu. Tak jak temu uczestnikowi ruchu drogowego mamy od razu ochotę pomachać, tak i tu czujemy instynktownie silniejszą więź, za którą podąża mimowolnie analogicznie gorliwsze podejście do chorego.
  • Nie odkryję Ameryki mówiąc, że komunikacja z takim człowiekiem ma miejsce na wyższym stopniu zaawansowania. Obie strony posługują się wyspecjalizowanym słownictwem, swoistym kodem, do rozszyfrowania którego potrzebna jest medyczna wiedza. To zaś przekłada się na większą precyzję komunikatów i w efekcie szybszą diagnozę.
  • Nie zawsze posiadanie przez obie strony fachowego wykształcenia jest zaletą. Potrafi być to niekorzystne w momencie, gdy przy podejrzeniu chociażby chorób nowotworowych, chcemy poczekać z finalnym werdyktem do pełnego wyklarowania stanu pacjenta. Lekarz zwietrzy w mig naszą intrygę i rozpocznie stawianie pytań.
  • Reprezentowaną przez nas grupę zawodową cechuje wiele dziwactw, przejawiających się chociażby w zachowaniu i relacjach, jednak nie należy brać ich personalnie.
  • Największą bolączką lekarzy jest bezsilność i odebranie przeświadczenia o pełnej kontroli nad sytuacją, co oprócz diagnozy może mieć decydujący wpływ na rokowanie pacjenta w sferze psychicznej.

Zaloguj się

pacjent

Polecane artykuły